Wróciłam z Warszawy na wieś, do Gorzanowic. Podróż w silnym deszczu całą drogę, w ciemności. Dom był zimny, a gdzieś w kącie śmierdziała skitrana przez kocury mysz. Na zewnątrz nadal lał deszcz i chulał przeraźliwy wiatr, szarpiąc prowizorycznym ogrodzeniem ( nie stać mnie obecnie na nowe) i uderzając z mocą w dach… Nie zerwało go.

Wentylacja w dachu wymagała poprawy, bo system nie został dokończony na tyle, by skutecznie izolować zapachy z kanalizacji.

Załamana, czym prędzej wzięłam gorącą kapiel i wcisnęłam nos pod kołdrę, walcząc o miejsce na łóżku z psem, i zadając sobie witalne pytanie: o co Ci Monika ku…a tak naprawdę chodzi? O co ci chodzi, że nie pasuje Ci już ciepłe, przytulne i nowoczesne mieszkanie w stolicy jak każdej innej normalnej kobiecie w pewnym wieku, i zamiast tego topisz kasę w poniemieckiej ruinie, we wsi odciętej od świata i swojej rodziny, na szczycie jakiegoś wulkanu, biorąc na klatę problemy, od których zależy w sumie fizyczne przetrwanie? Zasnęłam.

Rano, nie mogłam dalej użalać się nad sobą, bo było zimno i trzeba było działać: napaliłam w kozie, drugie palenisko w kuchni ceramicznej, zrobilam czarną i smolistą kawę, a następnie wreszcie zakupiłam telefonicznie i internetowo ekogroszek na zimę ( tylko w nazwie ma EKO), by móc uruchomić centralne ogrzewanie.

Pomyślałam, że może dlatego ludzie niegdyś żyjąc w trudnych warunkach jakoś chyba mniej cierpieli na depresję. Dziś, choć żyją wygodnie i przetrwanie jest łatwe, łykają psychotropy spędzając za grube pieniądze godziny u psychoanalityka….Śmię twierdzić, że m.inn. dzięki temu zimnu umieli się cieszyć z rzeczy prostych i doceniać to co mają. Dziś mają tak wiele i są wiecznie niezadowoleni żyjąc w przekoaniu, że należy im się wiecej, więcej, i wiecej!

Węgiel przywieźli szybko. Po pracy zdalnej ( którą błogoslawię) w innowacyjnej globalnej korporacji. z sympatycznymi w sumie Żabami – która stoi w dużym zgrzycie z moim nowym pomysłem na zycie, ale paradoksalnie jednak je umożliwia – samodzielnie zaczęłam zwozić ekogroszek taczką do stodoły, by zdążyć przed kolejną falą deszczu.

Udało mi się rozładowac tym sposobem może pół tony. A może mniej. Ale męskiej tężyzny ponoć się nabywa. Zajmie mi to w sumie 3 dni….

A zamiast tego mogłabym, jak niegdyś, pobiec po pracy w aktualnie modnych szpilkach i z wylakierowanym manicure i pedicure np. na Krakowskie Przedmiescie, by posączyć turkusową Margeritę w Sensie czy innej aktualnie modnej knajpie, zerkając przy okazji na przystojnych obcokrajowców, czy inny lokalny męski element! Albo na jogę.). Czy więc warto?

Teraz, gdy w domu jest ponownie ciepło, a jasność myślenia powróciła, piszac sobie tego posta niczym Kerry Bradshow swój pelen przemyśleń artykuł …dochodze do wniosku, że wolność i przestrzeń życiowa i tzw. „niejałowe życie”, maja po prostu swoją cenę.

Dziś sytuacja wróciła do normy: w południe miałam wspanialy spacer z psem z krajobrazami jak w słonecznej Toskanii i tęczę pod domem po południu, a potem zachód słońca. Zielonego dzięcioła na własnym drzewie i sarny w ogrodzie. A jutro we własnej pracownii spędzę na luzie godziny zatapiając się w przyjemnej energii i nowych pomysłach.

Projekt który sama sobie wymyślilam jest projektem na resztę życia, lub wiele kolejnych lat. Jest też dla mnie eksperymentem i sprawdzianem, czy zdołam zrealizować tu siebie, tak jak to sobie zamierzyłam? Czy zdołam postawić to miejsce na nogi? Czy znajdę pomocnych partnerów?